Powrót do Polski

Ostatnim punktem naszej międzynarodowej mobilności edukacyjnej był oczywiście powrót z Hiszpanii do Polski, zaplanowany na 12 czerwca. Wszyscy uczestnicy projektu tęsknili już za swoimi rodzinami, znajomymi, a niektórym brakowało też polskiej kuchni. Jednak pobyt w Hiszpanii i odczucie na własnej skórze lokalnej i narodowej kultury sprawiły, że dla wielu powrót był przykrą koniecznością. Oczywiście nad każdym z nas wisiało widmo pozostania na miejscu dłużej, gdyby się okazało, że u kogoś wystąpiły symptomy odciskającej na naszym świecie piętno choroby COVID-19. Wtedy taki ktoś nie mógłby powrócić z resztą grupy do Polski w zaplanowanym wcześniej terminie, lecz musiałby odbyć dodatkową kwarantannę, a dopiero po niej miałby możliwość wylotu do ojczyzny. Na szczęście nasza ekipa dojechała na lotnisko bez zbędnego balastu w postaci niebezpiecznego wirusa.

Jako, że nasza podróż zaczynała się wcześnie rano, nie było czasu na spokojne zjedzenie śniadania ze szwedzkiego stołu stołówki hotelowej. Z tego powodu hotel przygotował dla każdego zapakowane śniadanie, które mogliśmy zjeść w drodze na lotnisko. A jako, że lotnisko znajdowało się w mieście Málaga, naszym pierwszym właściwym punktem podróży była jazda autokarem do tejże pięknej, przybrzeżnej miejscowości.

Spakowani i przygotowani do trasy, wymaszerowaliśmy z hotelu o godzinie 6:20. O 6:30 odjechaliśmy z miejsca spotkania z kierowcą. Z powodu wczesnej pory dnia wszyscy byliśmy zaspani, ale, wiedząc, że prędko tu nie wrócimy, wykorzystaliśmy tą możliwość, by popodziwiać zapierające dech w piersiach, śródziemnomorskie krajobrazy Hiszpanii. W końcu tutejszy klimat różni się znacznie od polskiego i kto wie, kiedy następnym razem zobaczymy chociażby te ogromne gaje oliwne, których to owoców Hiszpania okazuje się być jednym z największych producentów. Po niecałych dwóch godzinach jazdy autokarem i wpatrywania się w widoki za jego oknami, dotarliśmy do miasta narodzin Pablo Picasso. Zważywszy jednak na to, że musieliśmy odpowiednio wcześnie stawić się na lotnisku, nie mieliśmy czasu na dodatkowe zwiedzanie Málagi.

Po dotarciu na miejsce, wysiedliśmy z autokaru i wyruszyliśmy z naszymi bagażami do środka budynku. Na lotnisku na wszelki wypadek jeszcze raz zważyliśmy nasze walizki i na szczęście żadna nie przekroczyła limitu wagowego. Poszliśmy odprawić nasze bagaże rejestrowane. Następnym krokiem było bezproblemowe przejście przez punkt kontroli bezpieczeństwa. Do specjalnych pojemników wrzucaliśmy swoje rzeczy typu plecak, czapka, czy telefon. Każdy przeszedł przez bramkę bez żadnych zastrzeżeń ze strony urządzenia, czy też pracowników lotniska, oprócz mnie oczywiście. Ochroniarze byli ciekawi co mam w bocznych kieszonkach, więc powyciągali wszystko co tam miałem. Zrobili mi tym dodatkową robotę, bo musiałem to wszystko z powrotem pakować. Koniec końców, wszystko co się tam znajdowało, przeszło kontrolę. Odebraliśmy swoje rzeczy z pojemników i przeszliśmy do kolejnej części lotniska – strefy bezcłowej. Niektórzy zrobili tam drobne zakupy. W tym momencie pozostało nam tylko czekać na otwarcie bramek, które zaprowadzą nas pod samolot. Po jakichś 45 minutach oczekiwania, przeszliśmy przez nie i weszliśmy na płytę lotniska. Zostaliśmy pokierowania do naszego samolotu. Każdy usiadł na swoje miejsce, a następnie nasza machina wzbiła się w przestworza.

Po jakichś 3,5 godziny lotu samolot wylądował na płycie krakowskiego lotniska. Wyszliśmy z pokładu i udaliśmy się w stronę kontroli granicznej. Te z osób, które nie były zaszczepione, dostały tam krótki formularz do wypełnienia, zawierający nasze dane osobowe. Byłyby one potrzebne służbom w wypadku, gdyby u kogoś, kto był na pokładzie, wykryto obecność koronawirusa. Po wręczeniu formularzy nadszedł czas na odebranie bagażu rejestrowanego. Ściągnęliśmy swoje walizki z taśmy i ruszyliśmy ku wyjściu z budynku. Część kursantów, w tym ja, udało się na parking obok lotniska, w celu wykonania szybkiego testu antygenowego w punkcie Centrum Badań DNA. W czasie oczekiwania na autokar do Bytomia, wszyscy, którzy robili sobie owe testy, dostali SMS-y z danymi do logowania na stronę internetową, zawierającą wyniki. Na nasze szczęście wszystkie były negatywne, czyli u nikogo nie wykryto wirusa. Te badania pozwoliły nam uniknąć 10-dniowej kwarantanny. Dosłownie na parę minut przed przyjazdem autokaru zaczął padać ulewny deszcz. Schowaliśmy się pod zadaszeniem, a gdy przyjechał nasz przewoźnik, jak najszybciej ruszyliśmy w jego stronę, zapakowaliśmy swoje bagaże i weszliśmy do pojazdu.

Trasa z Krakowa do Bytomia zajęła nam około godziny. Zjawiliśmy się pod szkołą około 17:40. Wyciągnęliśmy z bagażnika swoje walizki i pożegnaliśmy kierowcę oraz opiekuna projektu. Na niektórych uczestników kursu pod szkołą czekali już rodzice, którzy zabrali ich do domów. Ja, wraz z dwoma innymi kursantami, musiałem chwilę poczekać, ale po kilku minutach my też wróciliśmy bezpiecznie do swoich domów.

Jednak, mimo tego że w końcu jesteśmy w Polsce, projekt jeszcze nie dobiegł końca. Każdego z nas czeka jeszcze napisanie raportu końcowego i oficjalne zakończenie projektu, na którym otrzymamy wszystkie dokumenty i certyfikaty. Niemniej jednak, główna część jest już za nami, a to co zostało to formalności. Dzięki naszemu opiekunowi wróciliśmy z Hiszpanii w jednym kawałku, oraz bogatsi o nowe doświadczenia.

 

Wojciech Gilicki